Green Berets: Bohaterski Pułkownik Robert Lewis Howard

Wietnam Południowy, prowincja Kon Tum, 30 grudnia 1968 roku, godzina 11:00.
Mina przeciwpiechotna rozerwała się pod nogami porucznika Jima Jersona – dowódy plutonu Zielonych Beretów, którzy po wyskoczeniu ze śmigłowców zmierzali ku szczytowi wzgórza. Jej eksplozja podziałała jak hasło do ataku dla kilkuset żołnierzy Armii Północnego Wietnamu, którzy w tej samej chwili zasypali Amerykanów pociskami z kałasznikowów.
Tuż za ciężko rannym dowódcą leżał równie pokiereszowany sierżant. Odłamki miny podziurawiły mu nogi, a eksplozja wyrwała z rąk karabin M-16, który leżał teraz połamany kilka metrów dalej.
Na domiar złego szrapnel rozorał mu czoło i krew zaczęła zalewać mu oczy. Był całkowicie ślepy.
Wokół trwało piekło. Kilkudziesięciu Amerykanów zostało okrążonych przez dwie kompanie wroga i rozpoczęło walkę na śmierć i życie.
Ranny sierżant przez chwilę miotał się na ziemi. W końcu udało mu się zetrzeć krew zalewającą oczy. Kilka metrów przed nim krzyczał z bólu ciężko ranny porucznik, a nieco dalej, miotając najgorsze przekleństwa leżał kapral siejący nieprzerwanie seriami z karabinu maszynowego. Kilku innych Zielonych Beretów leżało za powalonymi drzewami i prowadziło ogień z M-16.
Sierżant chwycił rannego porucznika i czołgając się zaczął go ściągać w dół zbocza.
Kilkadziesiąt metrów dalej, u stóp niewielkiego wzgórza płonął jeden ze śmigłowców. Reszta plutonu za wszelką cenę starała się nie dopuścić Wietnamczyków do prowizorycznego lądowiska. Wiedzieli, że jego utrata to wyrok śmierci. 
Nagle wśród kanonady rozległ się potworny wrzask. Sierżant z zakrwawioną twarzą odwrócił głowę i zmartwiał. Kapral płonął jak pochodnia. Miotacz trzymany przez jednego z Wietnamczyków ponownie rzygnął strumieniem ognia i pokrył płonącą mieszanką ropy, nafty i benzyny dwóch innych żołnierzy. Powietrze wypełnił smród palonych ciał.
Wietnamski żołnierz spokojnie podszedł do dwóch ciężko rannych Amerykanów i skierował lufę miotacza prosto na sierżanta. Ten spojrzał mu w twarz.
Od razu zrozumiał, że to nie nowicjusz. Spod hełmu patrzyły na niego zimne oczy doświadczonego żołnierza. W twarzy Wietnamczyka nie drgnął ani jeden muskuł.
Sierżant sięgnął po granat M33, przytrzymał dźwignię i patrząc wrogowi prosto w oczy wyciągnął zawleczkę. Ten zrozumiał.
Jeśli uruchomi miotacz wówczas Amerykanin upuści granat i wszyscy skończą w wielkiej kuli ognia.
Przez kilka sekund śmiertelni wrogowie patrzyli sobie prosto w oczy.

Weźcie Johna Rambo, Kapitana Amerykę, Supermana, Spidermana, Batmana i garść innych hollywoodzkich twardzieli granych przez Stallone’a, Schwarzeneggera, Johna Wayna, Clinta Eastwooda i Bruce’a Willisa. Wrzućcie ich do wielkiego gara, dodajcie tonę patriotyzmu, kilkaset litrów męstwa, kilkadziesiąt kilogramów determinacji, sporą dawkę skromności i dokładnie wymieszajcie. Jak dobrze pójdzie, to z tej mikstury wyjdzie coś, co przy sporej dozie szczęścia będzie miało zaszczyt wyczyścić buty pułkownikowi Robertowi Lewisowi Howardowi.
Urodzony w niewielkiej miejscowości Opelika w stanie Alabama w lipcu 1939 roku Robert Howard początkowo planował zostać… ogrodnikiem. Jednak w wieku 17 lat postanowił kontynuować rodzinną tradycję i w 1956 roku wstąpił do US Army.
Jego ojciec oraz czterech wujów było spadochroniarzami podczas II Wojny Światowej. Dwóch z nich poległo.
Wybór jednostki spadochronowej był więc dla niego rzeczą naturalną. Karierę wojskową rozpoczął w 82 Dywizji Powietrznodesantowej, by później przenieść się do „Krzyczących Orłów” – elitarnej 101 Dywizji Powietrznodesantowej. Niezwykle sprawny fizycznie spadochroniarz zwrócił na siebie uwagę przełożonych i po dodatkowym przeszkoleniu trafił do 2 Batalionu Rangersów. Stamtąd szybko przeniesiono go do Sił Specjalnych.
Jako Zielony Beret trafił do Wietnamu, gdzie został przydzielony do ściśle tajnej Grupy Studyjno-Obserwacyjnej. Był to specjalny oddział zwiadowców wykonujący tajne misje na terenie Wietnamu Północnego, Kambodży i Laosu. Do jego zadań należało przecinanie  linii transportowych (głównie na Szlaku Ho Chi Minha), zbieranie informacji o siłach nieprzyjaciela oraz ratowanie zestrzelonych pilotów. Do tej jednostki trafiali specjalnie przeszkoleni żołnierze Zielonych Beretów, Rangersi i operatorzy Navy SEALS.
21 listopada 1967 roku patrol Zielonych Beretów wspierany przez górali z plemienia Hmongów natknął się w laotańskiej dżungli na ogromny magazyn żywności i amunicji. Dowódca podzielił swoich żołnierzy na dwie grupy – jedna miała zająć się niszczeniem znalezionych zapasów, podczas gdy inna zapewniała jej bezpieczeństwo. Sierżant Robert Howard zajął stanowisko kilkadziesiąt metrów na północ od magazynu. Nagle tuż przed nim jak spod ziemi wyrosło czterech północnowietnamskich żołnierzy. Natychmiast skosił ich serią z M-16. Kilkanaście metrów dalej odezwały się karabiny maszynowe ustawione w zamaskowanych bunkrach. Amerykanie wzięci w krzyżowy ogień padli na ziemię. Sierżant Howard odpiął swój plecak, odłożył M-16 i z pistoletem w garści zaczął się czołgać w stronę jednego z bunkrów likwidując po drodze kolejnego północnowietnamskiego żołnierza. Wpadł do zamaskowanego bunkra i zabił jego załogę strzałami z Colta .45.

Robert Lewis Howard

Pułkownik Robert Lewis Howard

W tym momencie załoga drugiego bunkra skierowała ogień karabinu maszynowego prosto na niego. Sierżant Howard wyczołgał się z kryjówki ignorując pociski przelatujące zaledwie kilka centymetrów ponad jego głową, dołączył do reszty swoich żołnierzy, dopadł jednego z nich i wyrwawszy mu z ręki słuchawkę radiostacji skierował myśliwce bombardujące nad ocalały bunkier. Bomby zrzucone przez dwa Phantomy chybiły celu. Kiedy tylko sierżant Howard wychylił głowę złowrogi terkot karabinu maszynowego odezwał się znowu. Sierżant odbezpieczył granat i wymierzywszy starannie odległość wrzucił go do bunkra. Eksplozja uciszyła na moment karabin maszynowy, jednak po dłuższej chwili ponownie rozpoczął swój jazgot. Robert Howard chwycił więc granatnik przeciwpancerny, stanął na równe nogi i ignorując serie pocisków przecinające powietrze obok niego starannie wymierzył i wystrzelił. Eksplozja całkowicie zniszczyła nieprzyjacielski bunkier. Karabin maszynowy wreszcie umilkł.
Towarzysze broni nominowali sierżanta Howarda za tę akcje do Medalu Honoru – najwyższego odznaczenia za męstwo na polu walki. Jednak w takim wypadku dokładny opis jego czynu musiałby zostać upubliczniony. Stany Zjednoczone zaś w tamtym czasie oficjalnie nie prowadziły żadnych działań na terenie Laosu. Czyn sierżanta Howarda został więc nagrodzony tylko orderem Srebrnej Gwiazdy.
Kolejny wyczyn, za który sierżant Howard został nominowany do najwyższego odznaczenia za męstwo miał miejsce niemal dokładnie rok później. W listopadzie 1968 roku, również na terenie Laosu jego pluton wpadł w pułapkę dużego oddziału Armii Północnego Wietnamu wspieranego przez czołg PT-76. Sierżant Howard zniszczył czołg wiązką granatów, po czym na czele kilkuosobowego oddziału ruszył na pomoc załodze zestrzelonego śmigłowca ratunkowego. Pomimo kilkunastu szrapneli, które utkwiły w jego ciele zlikwidował ogniem swojego M-16 obsługę wietnamskiego działa przeciwlotniczego i umożliwił ewakuację ciężej rannych towarzyszy broni. Za tę akcję został ponownie nominowany do Medalu Honoru. I ponownie jego wyczyn został zdegradowany z powodów politycznych – Stany Zjednoczone nie mogły oficjalnie przyznać, że prowadzą działania wojenne na terenie Laosu, więc zamiast najwyższego odznaczenia za męstwo otrzymał Krzyż Za Wybitną Służbę.
Jednak jak mówi przysłowie – do trzech razy sztuka.
30 grudnia 1968 roku pluton sierżanta Roberta Howarda otrzymał rozkaz odnalezienia szeregowego Roberta Scherdina – zwiadowcy, który podczas patrolu oddzielił się od swojego oddziału i zaginął w prowincji Kon Tum przy granicy z Kambodżą. Czterdziestoosobowy pluton Zielonych Beretów pod dowództwem porucznika Jima Jersona wylądował u stóp niewielkiego wzgórza i rozpoczął marsz ku jego szczytowi.
Była to misternie przygotowana pułapka.
Kiedy mina przeciwpiechotna rozerwała się pod nogami porucznika jego pluton dostał się pod zmasowany ogień dwóch kompanii żołnierzy Armii Północnego Wietnamu. Udało im się zniszczyć jeden ze śmigłowców i otoczyć Amerykanów u stóp wzgórza. Rozgorzała niezwykle zacięta walka.
Sierżant Howard znajdował się kilka metrów za dowódcą. Eksplozja miny wyrwała mu z rąk karabin i ciężko raniła w nogi, które jeszcze nie wydobrzały po ranach, jakie otrzymał miesiąc wcześniej. Na dodatek odłamek miny zranił go w czoło i krew zalewająca oczy oślepiła go. Pomimo tego sierżant zebrał się w sobie i chwyciwszy rannego dowódcę zaczął odciągać go w dół. Po bokach zauważył kilku żołnierzy ze swojego plutonu odpowiadających nieprzyjacielowi ogniem.
Ich karabiny wkrótce jednak umilkły, a ich terkot zastąpił nieopisany wrzask. Jeden z północnowietnamskich żołnierzy wyposażony w radziecki miotacz ognia zaczął likwidować jedno gniazdo oporu po drugim. Po chwili podszedł do sierżanta Howarda, który mozolnie ciągnął ciężko rannego, nieprzytomnego dowódcę.
Obaj żołnierze spojrzeli sobie w oczy. Wietnamczyk skierował lufę miotacza prosto w twarz sierżanta. Ten, nie spuszczając oczu z wroga sięgnął po granat i powoli wyciągnął zawleczkę. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy.
Wietnamczyk zrozumiał, że jeżeli spali żywcem Amerykanina ten upuści granat, który niechybnie spowoduje eksplozję zbiornika z paliwem do miotacza, który trzymał na plecach. Ofiara zabije swojego zabójcę.
Krzyknął coś po wietnamsku do swoich towarzyszy i nie spuszczając oczu z Howarda odszedł w dół zbocza. Ten jeszcze przez moment trzymał granat w dłoni, a potem rzucił go w kierunku nadbiegających Wietnamczyków.
Metr po metrze ranny sierżant ściąga pokiereszowanego dowódcę w kierunku prowizorycznego lądowiska bronionego przez resztę żołnierzy. W nogach tkwi kilka odłamków, więc musi się czołgać.Nagle zauważa obok siebie żołnierza, który kryje się za powalonym drzewem i… płacze. Jest w szoku. Ściska w dłoniach karabin, ale nie strzela z niego. Jest sparaliżowany strachem.
– Daj mi broń! – wrzeszczy do niego Howard, ale żołnierz nie wykonuje najmniejszego ruchu. Po dłuższej chwili wyciąga Colta .45 i drżącą dłonią podaje go sierżantowi. Ten zabija z niego kilku nacierających Wietnamczyków. Ostatni pocisk pakuje w twarz żołnierzowi, który biegnie w jego kierunku z bagnetem nasadzonym na lufę kałasznikowa.
Obok sierżanta rozlega się seria z M-16. Żołnierz, który podał mu pistolet otrząsnął się wreszcie i otworzył ogień do wroga. Howard ponownie zaczął ściągać rannego dowódcę w kierunku lądowiska.
Nagle pocisk z kałasznikowa trafia go w klatkę piersiową. Na szczęście-nieszczęście trafia w ładownicę, a konkretnie – w jeden z magazynków. Uderzenie powoduje eksplozję, która odrzuca Howarda kilka metrów w tył. Potworny ból przeszywa ciało, ale sierżant nie traci przytomności.
W końcu udaje mu się odciągnąć rannego porucznika w bezpieczne miejsce i oddać pod opiekę sanitariusza.
Prowizorycznego lądowiska broni już tylko kilkunastu ludzi. Howard obejmuje komendę i rozkazuje żołnierzom uformować trójkąt. Czołga się do radiotelegrafisty i wzywa wsparcie lotnicze. Na pomoc Zielonym Beretom startuje kilka Phantomów i Skyraiderów. Bombardują pozycje wietnamskie pojemnikami z napalmem.
Po niemal czterech godzinach zaciętej bitwy na miejscu zjawiają się śmigłowce. Z niemal czterdziestoosobowego plutonu przy życiu pozostało tylko sześciu żołnierzy…
Za tę akcję sierżant Robert Howard został po raz trzeci nominowany do Medalu Honoru – i tym razem go otrzymał.
Poinformował go o tym przez radio generał William Westmoreland – szef Połączonych Sztabów Sił Zbrojnych USA w momencie, kiedy sierżant Howard znajdował się w ferworze kolejnej bitwy.
2 marca 1971 podczas uroczystości w Białym Domu prezydent Richard Nixon udekorował Roberta Howarda (awansowanego w trybie nadzwyczajnym na kapitana) Medalem Honoru – najwyższym odznaczeniem za męstwo na polu walki.
Po uroczystości prezydent zapytał go, czy ma jakieś życzenie (np. obiad z prezydentem, zwiedzanie Białego Domu itp.). Howard odpowiedział, że chciałby odwiedzić Grób Nieznanego Żołnierza na cmentarzu Arlington.
Kapitan Howard spędził w Wietnamie ponad pięć lat. Był ranny czternaście razy, otrzymał osiem medali Purpurowego Serca, cztery Brązowe Gwiazdy, dwa Krzyże za Wybitną Służbę i kilkadziesiąt innych odznaczeń. No i przede wszystkim – był trzykrotnie nominowany do Medalu Honoru za trzy różne akcje. Był prawdopodobnie najbardziej udekorowanym żołnierzem amerykańskim od czasu Drugiej Wojny Światowej.

Medal Honoru - najwyższe amerykańskie odznaczenie za męstwo na polu walki.

Medal Honoru – najwyższe amerykańskie odznaczenie za męstwo na polu walki.

Nazwać go bohaterem to dużo za mało. On jeszcze podczas swojej służby stał się chodzącą legendą Sił Specjalnych.
Po powrocie z Wietnamu ukończył studia z zarządzania i administracji publicznej na Central Michigan University i w 1992 roku, po 36 latach służby odszedł na emeryturę w stopniu pułkownika.
Czas wolny dzielił między wizyty w różnych jednostkach Zielonych Beretów i pracę wolontariusza w Medal of Honor Museum w Charleston w Południowej Karolinie, gdzie osobiście oprowadzał gości służąc przy okazji jako żywy eksponat.
W ostatnich latach kilkukrotnie odwiedzał żołnierzy amerykańskich w Bośni, Iraku, Afganistanie i innych miejscach.
Jego syn Robert junior postanowił kontynuować rodzinną tradycję. Wstąpił do piechoty i służył w Afganistanie.
Pułkownik Robert Lewis Howard – najtwardszy z twardych, człowiek-legenda, jeden z najodważniejszych ludzi, którzy kiedykolwiek nosili mundur zmarł 23 grudnia 2009 roku i został pochowany z honorami na cmentarzu Arlington w Waszyngtonie.

 

Źródło: http://blogbiszopa.pl/2013/12/do-trzech-razy-sztuka-2/

Copyright © 2010 - 2013 Formacja SGO | Projekt i wykonanie: www.ithold.co.uk | Kontakt: kontakt@formacjasgo.pl