Śmigłowce bojowe w Afganistanie

Dolina Pandższiru, Afganistan, październik 1985 roku.
Dwudziestosiedmioletni Francois Bonneau wyszedł z dusznego, przesyconego zapachem krwi wnętrza chaty, odetchnął górskim powietrzem i zapalił papierosa. Biały fartuch poplamiony był krwią, która zaschnęła także na dłoniach lekarza. Zaciągnął się papierosowym dymem i spojrzał na szczyty okalających dolinę wzgórz.
„Piękny jest ten kraj” – pomyślał – „Szkoda tylko, że jest piekłem na ziemi…”
Rok wcześniej, zaraz po ukończeniu wydziału medycznego paryskiego Universite Pierre et Marie Curie zgłosił się do organizacji Lekarze Bez Granic prosząc o wysłanie do jednego z krajów Trzeciego Świata. Po kilkumiesięcznym oczekiwaniu dostał przydział do Afganistanu. Wiedział, że nie jedzie na wakacje – przed wyjazdem odbył długie szkolenie – ale to, co zastał na miejscu wstrząsnęło nim. Kiszłak, w którym miał założyć punkt medyczny składał się z kilkudziesięciu rachitycznych chatek zbudowanych z głazów i nieporadnie wykonanych cegieł. Pośrodku wioski znajdował się niewielki, drewniany meczet.
Kiedy zapytał przywódcę wioskowej starszyzny, gdzie ma założyć swój punkt ten wskazał mu szopę, z której wykwaterowano kozy. Francois spędził dwa dni wynosząc ślady bytności rogatych lokatorek i rozkładając swój skromny sprzęt.
Był tutaj już od kilku tygodni i powoli zaczynał się przyzwyczajać. Na początku nie miał zbyt wiele pracy. Ot, zwykłe skaleczenia i stłuczenia, jakich doświadczyli wieśniacy uprawiający skrawki kamienistej ziemi. Jedynym cięższym przypadkiem był chłopiec, który znalazł rosyjską minę zwaną motylkiem i wbrew wyraźnemu zakazowi wziął ją do ręki. Miał szczęście – skończyło się tylko na amputacji czterech palców.
Wczoraj wszystko się zmieniło. Do kiszłaku wszedł kilkunastoosobowy oddział mudżahedinów Ahmada Szaha Masuda pod dowództwem niejakiego Abdullaha. Mieli dwóch rannych – jeden dostał kulę w ramię, inny w brzuch. Tego pierwszego opatrzył błyskawicznie. Z drugim było znacznie gorzej. Z trudem udało mu się wyciągnąć mu z brzucha kulę, zdezynfekować i opatrzyć ranę. Mudżahedin po otrzymaniu potężnej dawki morfiny zasnął. Abdullah czuwał przy swoim bracie.
Z południa dobiegł dziwny pomruk, który z każdą sekundą przybierał na sile. Po chwili lekarz oprócz niego usłyszał także charakterystyczny stukot. Co to jest, do chole….
Zza wzgórza wypadł monstrualnych rozmiarów latający potwór i zniżywszy lot do kilkunastu metrów nad ziemią zbliżał się do wioski. Wyglądał jak przeogromna ważka obwieszona śmiercionośnym ładunkiem. Słońce odbijało się w dwóch owalnych kopułach kokpitu, które robiły wrażenie oczu tego gigantycznego owada.
Niedopalony papieros wypadł Francuzowi z ust. Pierwszy raz w życiu widział coś takiego i pierwszy raz tak się bał.
Śmigłowiec przeleciał nad wioską podrywając tumany kurzu, zawrócił i odleciał w dół doliny. Kilkaset metrów od wioski zatrzymał się i odwrócił o 180 stopni, jakby chciał powiedzieć wieśniakom „Jeszcze tu wrócę!”. Po chwili zniknął za wzgórzami.
- Cccccooo to było??? – Francois z trudem wydukał nieliczne znane mu słowa w języku dari.
- Shaitan-Arba… – odparł blady ze strachu Abdullah, który wystawił głowę z wnętrza chaty.
Diabelski Rydwan.

Mądry człowiek uczy się na podstawie własnych doświadczeń. Człowiek jeszcze mądrzejszy – na podstawie doświadczeń innych ludzi. Rosjanie sporo się nauczyli od Amerykanów, którzy w Wietnamie wykorzystali śmigłowce na niespotykaną wcześniej skalę. Dodali do tego własne doświadczenia i w rezultacie powstał najdoskonalszy helikopter bojowy będący klasą samą w sobie i nie mający odpowiednika w armiach krajów NATO.
Ale zacznijmy od początku.
W 1963 roku podczas wystawy radzieckiego sprzętu lotniczego na Chodynce do Chruszczowa i jego świty podszedł Michaił Mil – szef dużego biura konstrukcyjnego, spod ręki którego wyszły udane projekty śmigłowców Mi-1, Mi-2, Mi-4 i Mi-6,  z których ostatni był największym helikopterem ówczesnego świata, zdolnym do przewożenia na pokładzie sześćdziesięciu żołnierzy.
Mil zaproponował Chruszczowowi, że stworzy silnie uzbrojony śmigłowiec bojowy zdolny wspierać oddziały lądowe podczas szturmu. Idei tej sprzeciwił się minister obrony ZSRR marszałek Rodion Malinowski. Doszło do gwałtownej sprzeczki. Zniecierpliwiony Chruszczow uspokoił towarzystwo i po głębszym namyśle dał zielone światło Milowi i jego ludziom. Ci natychmiast wzięli się do pracy.
Nie musieli zaczynać od zera. Już od końca lat 50-tych biuro konstrukcyjne Mila wyposażało prototypowe egzemplarze śmigłowców Mi-1 i Mi-4 w karabiny maszynowe i systemy rakiet przeciwpancernych Falanga. Mimo udanych prób dowództwo sił zbrojnych ZSRR zwlekało z wdrożeniem tych rozwiązań do masowej produkcji. Twardogłowi generałowie upierali się, że najlepszym wsparciem pola walki są czołgi i samoloty.
Tymczasem wojskowi z państw NATO nie próżnowali. Kiedy Michaił Mil pojechał w 1965 roku na paryską wystawę lotniczą stwierdził z niezadowoleniem, że co o ile radzieckie konstrukcje śmigłowców nie ustępują zachodnim pod względem osiągów (a nawet je przewyższają), o tyle w dziedzinie wyposażenia ich w środki walki są daleko w tyle.
Amerykanie zaprezentowali na tej wystawie m.in. uzbrojoną wersję śmigłowca Bell UH-1 Iroquis, który w tym czasie zaczynał swoją karierę bojową w Wietnamie.
Rosjanie uważnie przyglądali się amerykańskiej taktyce użycia śmigłowców podczas konfliktu w południowo-wschodniej Azji. A mieli z czego się uczyć – wojna w Wietnamie jest często nazywana „wojną śmigłowców”, jako że ten środek transportu i walki został tam wykorzystany na ogromną skalę.
Amerykanie w Wietnamie używali przede wszystkim różnorakich wersji Hueya – transportowej (nazwanej przez żołnierzy „Slick”), uzbrojonej – „Hog”, wielozadaniowej – „Iroquis” i ewakuacyjnej – „Medevac”. Poza nimi wsparcie pola walki zapewniały Amerykanom śmigłowce szturmowe Bell AH-1 Cobra.
Rosjanie postanowili stworzyć maszynę, która łączyłaby cechy wszystkich wyżej wymienionych śmigłowców. Która mogłaby służyć jako środek transportu żołnierzy, wsparcie oddziałów lądowych, niszczyciel czołgów oraz w razie potrzeby – śmigłowiec ewakuacyjny. Takie „cztery w jednym”.
Na przestrzeni wieków sposób transportu żołnierzy ewoluował. Najpierw wojska przemieszczały się na własnych nogach, potem końmi, koleją i statkami, potem samochodami i transporterami opancerzonymi. Michaił Mil wierzył, że następnym etapem tej ewolucji będzie śmigłowiec zdolny dostarczyć oddział szybko i dokładnie tam, gdzie akurat wsparcie jest potrzebne. A na dodatek taki, który będzie w stanie wspierać ogniem oddziały lądowe.
Naszkicował na kartce projekt takiego śmigłowca – jednosilnikowego, z dwuosobową załogą, silnie uzbrojonego i zdolnego przenosić sześciu żołnierzy w pełnym ekwipunku.
Takiego śmigłowca wówczas na świecie nie było. Sam Michaił Mil nazywał projekt „latającym transporterem opancerzonym piechoty”. W tamtym czasie brzmiało to jak „wyścigowa ciężarówka”.
Opracowanie projektu śmigłowca było jednak niczym w porównaniu z pokonaniem oporu twardogłowych sowieckich generałów. W końcu, po wielu podejściach i zakulisowych zagraniach, dowództwo sił zbrojnych ZSRR zgodziło się rozpisać konkurs na taką maszynę. Przystąpiły do niego biura konstrukcyjne Michaiła Mila i Nikołaja Kamowa – jego dawnego ucznia, obecnie konkurenta.
Mil przygotował dwa projekty – całkowicie nowego siedmiotonowego, jednosilnikowego śmigłowca oraz jego powiększoną, dwusilnikową wersję o wadze dziesięciu i pół tony. Kamow z kolei zaproponował modernizację istniejących śmigłowców Ka-25 używanych przez radziecką marynarkę wojenną.
Cechą charakterystyczną śmigłowców z biura Kamowa było zastosowanie dwóch wirników głównych obracających się w przeciwnych kierunkach przy braku wirnika ogonowego. Takie rozwiązanie, stosowane w najnowszych rosyjskich śmigłowcach do dzisiaj, daje maszynie niezwykłą zwrotność oraz zdolność do lotu nawet po odstrzeleniu ogona.
Po długim namyśle dowództwo rozstrzygnęło konkurs na korzyść biura Mila i jego koncepcji dziesięcioipółtonowego, dwusilnikowego śmigłowca. Prace nad nową maszyną rozpoczęły się w maju 1968 roku. Mil postanowił zapożyczyć wiele komponentów ze swoich wcześniejszych konstrukcji – Mi-8 i Mi-14. Silniki turbowałowe dla nowej maszyny zaprojektował Siergiej Isotow. Okazało się później, że nie ustępują one porównywalnym konstrukcjom zachodnim.
Sporo kłopotów przysporzył dobór awioniki i systemów kierowania ogniem. Generałowie-tradycjonaliści nalegali na dostosowanie systemów funkcjonujących już np. w siłach lądowych. Koniec końców konstruktorzy z biura Mila musieli tworzyć nowe rozwiązania od początku.
Dziewiczy lot maszyny nazwanej V-24 odbył się 19 września 1969 roku. Jego świadkiem był Michaił Mil. Był to ostatni lot jego maszyny, który miał okazję oglądać. Cztery miesiące później genialny konstruktor wyczerpany walką z radziecką biurokracją zmarł w wieku zaledwie 60 lat.
Kierownictwo biurem objął długoletni współpracownik Michaiła Marat Tiszenko. Począwszy od lata 1970 roku kolejne prototypy wzbijały się w powietrze. Eliminowano kolejne usterki, aż do uzyskania satysfakcjonującego efektu. Zainstalowano wysięgniki, na których miało zostać zamontowane uzbrojenie maszyny. Początkowo były one umocowane prostopadle do kadłuba. Po kilku próbach inżynierowie doszli do wniosku, że o wiele lepiej będą się sprawować wysięgniki nieco pochylone w kierunku ziemi.
Jako pierwsza do masowej produkcji weszła wersja Mi-24A. Miała jeden duży, kwadratowy, oszklony kokpit, w którym umieszczono stanowiska pilota i operatora uzbrojenia. Nowa maszyna natychmiast zyskała uznanie wśród jej użytkowników. Była zadziwiająco zwrotna jak na swoje rozmiary i dysponowała potężną siłą ognia.
Biuro Mila nie spoczęło jednak na laurach i kontynuowało prace nad ulepszeniem systemów uzbrojenia i awioniki. Zdecydowano się podzielić jeden kokpit na dwie osobne kabiny w systemie tandemowym. Zwężono w tym celu przednią część kadłuba, a stanowisko pilota ustawiono nieco wyżej zapewniając obu członkom załogi o wiele lepszą widoczność, niż w poprzednim modelu.
Kokpity pilota i operatora uzbrojenia okryły półsferyczne osłony ze szkła pancernego odporne na bezpośredni ostrzał z broni maszynowej. Dodatkowo przednią część kadłuba ochraniały tytanowe płyty zapewniając załodze wysoki stopień bezpieczeństwa i związany z nim komfort psychiczny. Za fotelem pilota znajdowało się przejście do kabiny ładunkowej, w której urządzono stanowisko technika pokładowego (w niektórych wersjach obsługiwał on także karabiny maszynowe umieszczone po bokach kadłuba) oraz miejsca dla ośmiu żołnierzy desantu. Zarówno kabina ładunkowa, jak i oba kokpity były ciśnieniowe chroniąc lotników i żołnierzy przed atakiem chemicznym i biologicznym. Model z podwójnym kokpitem otrzymał nazwę Mi-24D i do dzisiaj jest jednym z najlepszych śmigłowców bojowych na świecie.

Śmigłowiec bojowy Mi-24D

Śmigłowiec bojowy Mi-24. Wersja P z dwulufowym działkiem umieszczonym po prawej stronie kadłuba. Fot. MSGT Steven Turner

Stałe uzbrojenie Mi-24D stanowił czterolufowy karabin maszynowy kalibru 12,7 mm z zapasem 1500 nabojów umieszczony na dziobie śmigłowca. Na końcach obu wysięgników spoczywały cztery kierowane rakiety przeciwpancerne Skorpion, a bliżej kadłuba, na belkach podwieszone były cztery wieloprowadnicowe wyrzutnie rakiet niekierowanych S-5 lub S-8. Cały ten arsenał dopełniały cztery bomby o masie 50, 100 lub 250 kilogramów oraz zasobniki strzeleckie z działkami kalibru 23 milimetrów.
Jak widać – Mi-24D posiadał szeroki asortyment środków do wyrządzania krzywdy bliźniemu.
Niezliczone manewry udowodniły, że doskonale wypełniał wszystkie przypisane mu role: jako śmigłowiec szturmowy, niszczyciel czołgów i pojazdów opancerzonych, śmigłowiec transportowy oraz ratunkowy (medevac). Ten „latający czołg” poruszał się z maksymalną prędkością 320 km/h i miał zasięg niemal 600 kilometrów. Nowością nie stosowaną wcześniej w radzieckich śmigłowcach było chowane podwozie.
Oficjalnie wprowadzony został do arsenału Armii Czerwonej w marcu 1976 roku, jednak to nie Rosjanie użyli go bojowo jako pierwsi.
Mi-24 przeszedł chrzest bojowy podczas etiopsko-somalijskiej wojny o prowincję Ogaden w latach 1977-78. Państwa zachodnie wsparły Somalię, a Związek Radziecki dostarczył znaczne ilości uzbrojenia do Etiopii. Wysłał tam między innymi swój najnowszy śmigłowiec.
Jeszcze jedną zaletą Mi-24 był fakt, że śmigłowiec ten można było rozłożyć na kilka części, które mogły być transportowane w kontenerach i na miejscu składane bez użycia specjalistycznych narzędzi.
Dzięki takiemu wsparciu Etiopia obroniła prowincję i zmusiła wojska somalijskie do odwrotu.
Konfliktem, który jednoznacznie kojarzy się z tym śmigłowcem pozostanie jednak na zawsze radziecka interwencja w Afganistanie.
Tam, w surowym, górskim klimacie Mi-24 zostały wykorzystane do granic możliwości zapewniając radzieckim oddziałom transport, wsparcie i ratunek w krytycznych sytuacjach. Mudżahedini, wojownicy nie znający strachu drżeli na widok tego latającego potwora i sami się do tego przyznawali.
„Nie boimy się Sowietów. Boimy się ich śmigłowców” – mówił zachodniemu dziennikarzowi jeden z bojowników Szaha Masuda.
Posiadane przez mudżahedinów uzbrojenie – kałasznikowy, karabiny maszynowe i nieliczne działa przeciwlotnicze nie były w stanie zrobić krzywdy silnie opancerzonemu śmigłowcowi. Równie dobrze mogliby w niego rzucać kamieniami… Na nic zdały się nawet granatniki przeciwpancerne. Aby skutecznie razić śmigłowiec pociskiem z RPG-7 mudżahedin musiałby się zbliżyć do niego na odległość co najmniej stu metrów. Zanim by to zrobił operator uzbrojenia Mi-24 zdążyłby go kilkakrotnie zamienić w krwawe strzępy rozrzucone po okolicy.

Mi-24 podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie w latach 80-tych.

Mi-24 podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie w latach 80-tych.

Radzieccy piloci niepodzielnie rządzili na niebie ścigając wojowników Allaha i równając z ziemią afgańskie wioski.
Mi-24 przerażał samym swoim wyglądem. Podczas tej wojny miał miejsce wypadek, w którym pilot śmigłowca po zużyciu całej amunicji uratował będący w dramatycznej sytuacji oddział piechoty otoczony przez wroga. Zniżył lot do pułapu kilku metrów nad ziemią, pochylił dziób maszyny i natarł na mudżahedinów. Afgańscy bojownicy, nie należący przecież do ludzi bojaźliwych rozpierzchli się jak kuropatwy przed jastrzębiem.
Szybko dorobił się przezwiska „Shaitan-Arba”, czyli Diabelski Rydwan. Radzieccy piloci z kolei nazywali go Krokodylem. A zachodni wojskowi nadali mu nazwę Hind, czyli… łania.
Chłopaki mieli ogromne poczucie humoru albo byli po paru głębszych, kiedy to wymyślili :-) .
Radzieccy piloci nie lubili za bardzo latać z desantem żołnierzy na pokładzie. Zmniejszało to zwrotność maszyny i zmuszało pilotów do unikania gwałtownych manewrów. Szybko więc opracowano taktykę, w której oddziały były przenoszone na pokładach transportowych Mi-8, a uzbrojone po łopaty wirnika Mi-24 zapewniały im ochronę.
Osłaniały także konwoje czołgów i transporterów opancerzonych, wykonywały uderzenia na wcześniej wybrane cele, a przede wszystkim – polowały na oddziały mudżahedinów kryjące się w niedostępnych górach. Afgańczycy szybko zostali zmuszeni do poruszania się wyłącznie nocami. Ale i to nie zapewniało im bezpieczeństwa. Załogi śmigłowców potrafiły latać w nocy i nawet wtedy polowały na „duszmenów” oświetlając ich kryjówki flarami.
Dopiero w drugiej połowie lat 80-tych mudżahedini otrzymali broń zdolną skutecznie zwalczać Diabelskie Rydwany.
Amerykańskie pociski kierowane Stinger były bardzo niemiłym zaskoczeniem dla radzieckich pilotów i oznaczały koniec ich bezkarności w powietrzu. Musieli maksymalnie obniżać pułap lotu (Stinger jest skuteczny przeciw celom lecącym powyżej 180 m) i zmienić taktykę walki. Najgorsza  była jednak dla nich strata poczucia względnego bezpieczeństwa. Śmigłowce zaczęły być wyposażane we flary mające za zadanie oszukanie Stingerów, co jednak nie zawsze im się  udawało.
Liczba śmigłowców Mi-24 utraconych w Afganistanie przez Armię Czerwoną do dzisiaj jest przedmiotem dyskusji. Rosjanie przyznają się do straty 70 maszyn. Amerykanie twierdzą, że było ich dwa razy więcej.
O wiele więcej szkody niż Stingery wyrządził śmigłowcom surowy afgański klimat – gorące lata, mroźne zimy i wszechobecny kurz. W takich warunkach silniki śmigłowców zużywały się błyskawicznie, mimo swojej toporności i odporności.
Mi-24 słynął także z tego, że większość niezbędnych napraw można było dokonać w warunkach polowych. Dostęp do najważniejszych części silnika był łatwy, a załoga nie potrzebowała do naprawy jakichś specjalistycznych narzędzi.
Każda załoga miała przy sobie zestaw survivalowy i skróconą wersję kałasznikowa na wypadek, gdyby musieli przymusowo lądować. Los lotników schwytanych przez mudżahedinów był straszny…
Podczas wojny do Afganistanu pojechał z wizytą szef biura konstrukcyjnego Mila Marat Tiszenko. Kiedy zobaczył akrobacje, jakie na Mi-24 robili piloci wykrzyknął: „A myślałem, że dobrze znam tę maszynę!”.
Oprócz radzieckiej interwencji w Afganistanie Mi-24 były używane w wielu innych konfliktach zbrojnych. Latali nimi iraccy piloci podczas ośmioletnich zmagań z Iranem, w Nikaragui były używane do walki z partyzantami Contra, a Wietnamczycy niszczyli za ich pomocą bazy Czerwonych Khmerów w Kambodży.
Nie sposób policzyć mniejszych konfliktów zbrojnych, głównie w Afryce, w których wzięły udział Diabelskie Rydwany. Często zresztą przesądzając o ich wynikach – lokalne wojny rozstrzygało często kilka czołgów lub śmigłowców.
Używają ich do dzisiaj nawet Amerykanie. Mi-24 zdobyte podczas wojny w Zatoce biorą udział w manewrach US Army, gdzie zazwyczaj grają rolę „złych”. Ich piloci nie mogą się ich nachwalić.
No i po dwudziestu latach powróciły na afgańskie niebo. Mi-24 znalazły się w składzie Polskiego Kontyngentu Wojskowego.

Polskie Mi-24 w Afganistanie. Fot. Ministerstwo Obrony Narodowej

Polskie Mi-24 w Afganistanie. Fot. Adam Roik, Ministerstwo Obrony Narodowej

 

Źródło: http://blogbiszopa.pl/2014/02/diabelski-rydwan/

Copyright © 2010 - 2013 Formacja SGO | Projekt i wykonanie: www.ithold.co.uk | Kontakt: kontakt@formacjasgo.pl