20190626 XXI Selekcja Majora Kupsa

Skrót informacji w meldunku SALTR

SITUATION: Dwóch członków SGO Gdańsk wystartowało w XXI edycji legendarnej Selekcji Majora Kupsa

ACTION: Selekcję ukończyło 7 z 50 uczestników, w tym Mario z SGO Gdańsk.

LOCATION: Drawsko Pomorskie

TIME: 20190626-201907012

REACTION: pełna relacja Mario poniżej

 

 

Selekcja mjr. Arkadiusza Kupsa to niewątpliwie wyjątkowa impreza w skali kraju.  Śmiało mogę powiedzieć, że nie da się przeżyć podobnych chwil nigdzie indziej – a kilka  imprez tego typu było już  moim udziałem.

W tym roku udało mi się wraz z moim przyjacielem wziąć w niej udział. Zawsze chciałem się sprawdzić ale to  Gruby ostatecznie mnie  zmotywował i już w pierwszym dniu uruchomienia zapisów wysłaliśmy nasze zgłoszenie.  Miał jechać jeszcze z nami mój bratanek, jednakże ostatecznie musiał zrezygnować.

Wyruszyliśmy wcześnie rano samochodem i dotarliśmy o wyznaczonym czasie na miejsce zbiórki czyli stację kolejową w Prostynii. Tam okazało się, że w tym roku jest nas niewielu w porównaniu do lat poprzednich – co mnie bardzo zdziwiło. Mogłoby się wydawać, że na imprezę gdzie nie trzeba  żadnego wpisowego będzie więcej chętnych.

Sformowaliśmy kolumnę i forsownym marszem ruszyliśmy ok 4-5 km do miejsca gdzie miała być przeprowadzona preselekcja. Finalnie było prawie 50 uczestników. Z racji tego, że był to jak się okazało później najgorętszy dzień tego lata, czas wykonywania ćwiczeń na preselekcji został skrócony o połowę. Pomimo tego kończąc serię  preselekcyjną byłem wykończony. Wszyscy dyszeli jak smoki ze zmęczenia i upału.

Na selekcję zakwalifikowało się 29 uczestników – Gruby i Ja dostaliśmy kolejno nr 1 i 2. Zaczęliśmy podejrzewać, że nie przypadkiem mamy kolejne numery – że instruktorzy już zauważyli  to, że trzymamy się razem. Wszak na selekcji zagrania psychologiczne są stałym elementem gry… Może szykowali jakąś niespodziankę? Jak się okazało później, przyczyna kolejnych numerów była zupełnie inna – zgłosiliśmy się po prostu jako pierwsza (Gruby) i druga (ja) osoba i w tej kolejności nadano nam numery – ale wyobraźnia już zaczęła działać…

65198137_2315702698468738_7033592083499712512_o

Z racji tego, iż na co dzień obracamy się wśród ludzi związanych z wojskiem i jednostkami specjalnymi część instruktorów była mi znana przynajmniej z widzenia – jednakże po zapuszczeniu brody tak się zmieniłem, iż jeden z  nich rozpoznał mnie dopiero w trzecim dniu trwania selekcji (oczywiście przyznał się do tego dopiero po jej zakończeniu ).

Przeszedłem preselekcję z trzecim wynikiem, Gruby z piątym. Jeden z dwóch uczestników będących przede mną odpadł, drugi dotrwał do końca.

Po odczytaniu wyników preselekcji zostało nas 29 – przeszukanie plecaków, zabranie telefonów, zegarków, i wszystkich rzeczy nie wymienionych na liście. Dostaliśmy koszulki, czapki – i wiersz do nauczenia.

I od tego momentu się zaczęło – pompki, brzuszki, marsze po 5 km w kółko itd. W między czasie major wyrecytował nam  azymuty, które trzeba było pamiętać przez całą selekcję oraz kolory w powiązaniu ze zwierzętami. No i oczywiście słynny 32 cyfrowy kod – major codziennie podawał nam kolejne cyfry i trzeba było je bezbłędnie wyrecytować na każde żądanie instruktora – każda pomyłka była okupiona minusem na tablicy. To wszystko w późniejszym czasie miało swoje znaczenie. Gdy ktoś tego nie zapamiętał miał szansę na szybkie odpadnięcie w następnych konkurencjach.  Dzień zakończył się ok 23:00 – było piekielnie gorąco, do jedzenia wojskowe „eski” , tylko wody było pod dostatkiem. Noc spędziliśmy pod gołym niebem, miliony komarów – zjadały człowieka żywcem.  Zasnąłem ok godziny 2:00 w nocy – ale nie pospałem za długo – już od 5:00 byłem na „stand bay-u” i oczekiwałem co też przyniesie kolejny dzień.

Wcześnie rano dojechało śniadanie – tym razem raczono nas mielonką, boczusiem i pasztetem – wszystko w puszkach z długim terminem przydatności, do tego chleb, suchary.

Od rana zaczęły się zmagania – tor przeszkód na czas wraz z elementami psychologicznymi wszystko przeplatane recytacją wiersza z pamięci, świeceniem latarką po oczach w ciemnym pomieszczeniu,  ciągłe wrzaski, poganianie, w międzyczasie trzeba odpowiadać na zadawane pytania itd.

66769539_2341730252532649_31891790030176256_o

Jedna rzecz różniła tę selekcję od pozostałych – z racji tego, że uczestników dostało się tylko 29, nie było godzinnych oczekiwań na swoją kolej do poszczególnych zadań. Te kilkadziesiąt minut oczekiwania na start instruktorzy urozmaicali nam rozgrzewką: pompki, brzuszki, żabki, wzniosy nóg itd. Ostatni zawodnik miał zapewne rozgrzane wszystkie partie mięśni.

Następne zadanie – tor przeszkód w terenie bagnistym – oczywiście na czas, przejście po siatce w wodzie, linie nad bagnem, czołganie, to wszystko  z elementami zagadek logicznych. Każdy z zawodników miał swój sposób na radzenie sobie ze stresem i zmęczeniem. Niektóre sposoby były wręcz niewiarygodne. Jednym z zadań na sam koniec toru było ułożenie w minutę jak największej ilości wyrazów z kilku wyselekcjonowanych liter. Standardem były 4 wyrazy – rekord chyba 8.

Niestety tego dnia po południu Gruby z przyczyn osobistych musiał zrezygnować z dalszego uczestnictwa w selekcji. Zostałem sam – na domiar złego wieczorem odezwał się mój żołądek, któremu najwyraźniej nie służyła dieta boczkowo – pasztetowo – konserwowa. Skończyło się na wypuszczeniu kilku pięknych „pawi” na wolność w ustronnym miejscu. Resztę wyleczyły wieczorne serie brzuszków robione w rytm odliczania majora.  Od tego dnia do końca selekcji funkcjonowałem tylko na sucharach, wodzie,  i płatkach jednego ze sponsorów. Głód w każdym razie aż tak mocno mi nie dokuczał ;)

Codziennie odpadało kilka osób – najwięcej odpadło na konkurencjach wodnych, które zaczęły się już drugiego dnia – niestety Gruby ich nie doczekał…

66506034_2341729939199347_6461735738001063936_o

Pierwszy dzień wody wyeliminował między innymi jedną z dwóch dziewczyn, które przeszły preselekcję i która już kiedyś podchodziła do selekcji. Nie dała rady oswoić się na tyle z wodą by podołać w tym roku. Odpadło też parę innych osób. Słynny test z utrzymaniem się na wodzie trzymając w rękach obciążenie wyeliminował najsłabiej pływających. Drugiego wieczoru byo nas już zdecydowanie mniej,

Kolejne dni i kolejne wyzwana – wszystko przeplatane marszami po 5 km. Kilka kółek dziennie w tępię prawie biegowym dało się nam nieźle we znaki. Marsze najczęściej prowadził jeden z instruktorów – twardy zawodnik, jeden z niewielu ludzi, którzy praktycznie w każdym biegu długodystansowym i nie tylko (w którym uczestniczyłem) są na podium – poznałem go na biegu Kaszubski Kaper w 2011 roku – biegliśmy wtedy razem dłuższy czas, później niestety musiałem zwolnić tępo a on poszedł jak burza do przodu. Z tego co pamiętam wygrał. Widzieliśmy się później kilkukrotnie przy okazji różnych innych ekstremalnych wyzwań. On też kilka lat wcześniej przeszedł selekcję. Ale tutaj jakbyśmy się nie znali – co jest oczywiste – w końcu jesteśmy po przeciwnych stronach. Było to zrozumiałe i jasne dla mnie i dla niego. Dał nam nieźle w kość.

To między innymi dzięki niemu jeden z najmłodszych uczestników selekcji o mało co nie zrezygnował po kolejnych 5 km. Udało się nam go przekonać by się nie poddawał. Nie powiem, że siłą go zatrzymaliśmy jak chciał iść i oddać opaskę, ale dla osób postronnych mogło to wyglądać niezwykle podobnie. Całe szczęście dla niego zamiast kolejnego marszu poszliśmy w teren na słynne „maskowanie”. Dostaliśmy dwie godziny by w określonym terenie się zamaskować – później instruktorzy zaczęli nas szukać. Samo maskowanie się było chyba najmilszą częścią całej imprezy (może oprócz strzelania, które jednak trwało tylko chwilę i skoku ze śmigła). Można było odpocząć od ciągłego napięcia, poleceń, rozkazów. Nie do końca zdążyłem wszystko zamaskować tak jak chciałem ale to wystarczyło. Znaleźli wszystkich oprócz mnie – zyskałem jeden duży plus na tablicy przy moim nazwisku, który może zniwelować kolejne moje potknięcia. Prawdę mówiąc byłem prawie pewien, że uda mi się ukończyć to zadanie patrząc na moje dzieło.

65781173_2320851241287217_3425379982136836096_o

Dzień poprzedzony konkurencjami wodnymi typu skok do wody z zawiązanymi oczami i nurkowanie na głębokość kilku metrów skończył się ok. godz. 23:00. W nocy nie było nam dane pospać – nocne budzenie po niecałej godzinie snu i zmiana  miejsca noclegu skutecznie pozbawiły nas ogromnej części dalszego snu. Oczywiście samo budzenie miało swoją „miłą” formę – wrzaski, krzyki, wycie syren by w czasie 2 minut stawić się na zbiórkę w dwuszeregu z całym dobytkiem spakowanym i w gotowości.  Nie muszę przypominać, że komary towarzyszyły nam przez cały czas – miliony komarów. Mnie uratował posiadamy śpiwór z moskitierą oraz dodatkowa moskitiera na głowę – niestety ciągłego bzyczenia nie dało się wyeliminować.

W tym  miejscu muszę napisać, że ranki pomimo upałów w ciągu dnia były chłodne i ci którzy nie wzięli ze sobą śpiworów tylko alufolie niestety byli rano wyziębieni.  Wszystko tutaj miało swoje znaczenie i także swoją cenne –minimalne wyposażenie i lżejszy plecak okupione były jednakże porannym chłodem i mniejszym komfortem przespania tych kilku godzin.

Kolejny dzień – przed południem zadania wodne pływanie w piankach, abordaż na pontony z wody i odwrotnie i tak w ciągu dwóch godzin. Następnie seria ćwiczeń, krótki posiłek i marsze po 5 km kółka przeplatane powtarzaniem na pamięć wiersza, azymutów, kolorów, i kodu.

Uczestnikami selekcji były różne osoby – niektórzy startowali w niej już po raz 3 czy 4. Była z nami jedna kobieta weteranka tej imprezy po raz 6 startowała – z tego co słyszałem zrobiła ogromne postępy szczególnie jeżeli chodzi o działania w wodzie. Niestety w przedostatnim dniu po całej serii konkurencji wodnych odpadła na jednym z zadań. Nie ma zmiłuj – jeżeli bilans błędów i sukcesów jest niekorzystny wynik może być tylko jeden.

W tym roku było też strzelanie na strzelnicy z AR 15. Samo strzelanie było na koniec toru sprawnościowo-psychologicznego. Jedna z fajniejszych konkurencji jednakże bardzo krótkotrwała. Biegłem jako ostatni więc tutaj udało mi się złapać kilka chwil odpoczynku.

68293794_2404982342874106_6819794160602578944_o

Jednym z ostatnich zadań była „wisienka na torcie” skok ze śmigłowca do wody samo w sobie niezbyt trudne ale bardzo atrakcyjne – oczywiście później w jak najkrótszym czas trzeba było dopłynąć do brzegu.

Ostatnim elementem tuż przed zakończeniem była seria morderczych pompek, brzuszków, wzniosów nóg pod ciągłym wrzaskiem instruktorów. Major liczył, że uda się jeszcze wyeliminować kilka osób.

Wytrwaliśmy jednak – słynne „to jest koniec selekcji” w końcu padło z ust majora. Radość była ogromna, wszyscy byli ogromnie zmęczeni ale szczęśliwi.

Później ceremonia wręczania pamiątkowych tabliczek gratulacje i wspólne rozmowy z instruktorami przy kiełbasce i ognisku.

Czy warto było poświęcać te kilka dni? ZDECYDOWANIE TAK!!! Klimat, poczucie więzi i satysfakcji górowało nad wszystkim tym, co zdawało się być uciążliwe, trudne, nie do przejścia. Tegoroczna selekcja była bardzo dynamiczna  – nie odczułem w ogóle dłużącego się czasu podczas oczekiwań na swoją kolej – co było nieodłącznym elementem poprzednich selekcji.

Czego mi brakowało? Mogło być więcej brzuszków, pompek przysiadów itd.   Ale najbardziej brakowało mi Grubego u boku – który jestem przekonany ukończyłby selekcję razem ze mną. I to nie dlatego mi brakowało, że było by nam może łatwiej – żal mi było tego, że nie mógł przeżyć tej euforii, która nastąpiła po komendzie „to jest koniec selekcji”.

65394526_2323660064339668_472040291927326720_o

Autor zdjęć  Danuta Kups

Copyright © 2010 - 2019 Formacja SGO | Wykonanie: tabodesign.com | Kontakt: kontakt@formacjasgo.pl