OSŻW „Hell Week” w Ustce

Na poligon w Ustce przyjeżdżają kandydaci na żołnierzy Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Warszawie. Na długo zapomną, co znaczy słowo „sen” i „odpoczynek”. Będą się czołgać po plaży pełnej wnętrzności ryb, a ich jedynymi towarzyszami będą instruktorzy, których krzyki zapamiętają do końca życia.

– Nie wolno rozmawiać z kandydatami – ostrzega na wstępie „Kielich”, instruktor „Hell Week”, żołnierz Oddziału Specjalnego ŻW w Warszawie. – Oni nie mogą ani na chwilę wrócić do rzeczywistości, nie mogą mieć przerw na rozmowę czy odpoczynek. Poza tym po tylu godzinach zajęć w głowie mają tylko wyznaczone zadanie. Nie sądzę, by ułożyli zdanie, które będzie można cytować w prasie – uśmiecha się instruktor.

Dzisiaj nagrody nie będzie

Poranek na poligonie w Ustce zaczyna się głośno. Granaty hukowe, wrzask instruktorów – to pobudka podczas „Hell Week”, egzaminu, który kończy czteromiesięczny kurs podstawowy dla kandydatów do Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Warszawie. Trwa już kolejny dzień piekielnego tygodnia. Żołnierze, którzy śpią najwyżej trzy godziny na dobę, są tak zmęczeni, że nawet hałas granatu hukowo-błyskowego nie jest w stanie ich dobudzić. Dzień zaczyna się ćwiczeniami z taktyki. Wszyscy idą na plażę, chwilę później następują dwa wybuchy, cała grupa znalazła się na linii ognia. – Ostrzał moździerzowy! – wrzeszczy przez megafon instruktor. – Dowódco, decyduj co dalej, bo twoi ludzie za chwilę zginą!

Trudno o trzeźwą decyzję, gdy spało się godzinę, a instruktor krzyczy coraz głośniej. Najmniejszy błąd zostaje wyłapany, a każdy krok obserwuje co najmniej czterech doświadczonych żołnierzy Oddziału Specjalnego. Grupie udaje się jednak ustalić co dalej i żołnierze wychodzą z zadania zwycięsko. Nagroda? „Dzisiaj jej nie będzie, za długo pracowaliście nad decyzją” – ucina instruktor. W zamian żołnierze zostają podzieleni na dwa zespoły. Każdy dostaje ponton. Zaczyna się trening fizyczny.

Ponton trzeba trzymać wysoko nad głową, tak by ręce były wyprostowane. Pozwalasz sobie odpocząć i zginasz łokcie? Cała twoja ekipa robi kilkadziesiąt pompek. „Chcesz odetchnąć? Może w naszym namiocie?”, kuszą instruktorzy. Ulec to zrezygnować z egzaminu i marzeń o oddziale specjalnym – drugą szansę na „Hell Week” otrzymują tylko ci, którzy odpadli z powodów zdrowotnych.

Rozpoczynają się zawody. Kto pierwszy pokona dystans z pontonem w górze. „Wyżej, wyżej, szybciej!! Jak nie dajesz rady, to zapraszamy do namiotu, odpoczniesz sobie!” – instruktorzy nie odpuszczają. Wyścig kończy się. Zwycięzcy mogą usiąść. Przegrani zdejmują spodnie munduru i wchodzą do lodowatego Bałtyku. Jego temperatura wynosi zaledwie 4 stopnie Celsjusza, wieje zimny, przeszywający wiatr. Żołnierze stoją w rzędzie zanurzeni w wodzie po pas. Z megafonu rozlega się piosenka z filmu „Titanic”. Tylko zamiast aksamitnego głosu Celine Dion słychać jakby ktoś odtwarzał melodię dzwonka ze starego modelu telefonu komórkowego. Być może istnieje bardziej irytujący dźwięk, ale na pewno nie tu i nie w tej chwili…

Kiedy grupa przegranych wychodzi z morza, zwycięzcy wstają. Koniec odpoczynku. Ponton nad głowę. „Robicie przysiady dopóki wasi koledzy nie założą munduru” – grzmią instruktorzy. Po kilku minutach w lodowatej wodzie trudno założyć skarpetę. Ręce są zgrabiałe, ciało odmawia posłuszeństwa. Robi się coraz bardziej nerwowo. Sznurówki butów plączą się, zwłaszcza gdy podchodzi instruktor i przez megafon pohukuje: „Szybciej, szybciej, przez ciebie koledzy robią kolejną serię przysiadów!”.

Kolejny wyścig i kolejne zadanie. Drużyny zmieniają pontony na drewniane bale. Każdy musi przeczołgać się na plecach, trzymając jednocześnie na klatce piersiowej bal, który toczy się, uciska szyję, rani przy każdym ruchu. Jedna z drużyn wpada na pomysł, by przytrzymywać go ręką. Wygrywają i są na mecie, gdy przeciwnicy ledwo minęli start. W nagrodę mogą usiąść jak najbliżej siebie, tak by się ogrzać. Rywale… wchodzą do morza. Znowu zagra „Titanic”.

Red button

Kilka dni wcześniej egzamin rozpoczęto fazą „uderzenie”. Chodziło o to, by zmęczyć żołnierzy do granic możliwości. I się udało. Przez parę godzin, non stop, biegają, dźwigają pontony, przenoszą drewniane bale, czołgają się, wchodzą półnadzy do lodowatego Bałtyku. Towarzyszą im instruktorzy, którzy bez przerwy krzyczą i starają się złamać kandydatów. Zadania wyznaczają przez megafon i głośno, bardzo głośno przypominają żołnierzom o ich słabych punktach. To tak zwany red button. – Wiemy o nich bardzo dużo, wiemy, jakie są ich słabości. Jeden irytuje się, gdy mówi się o rodzinie, drugi, gdy podkreśla się jego niski wzrost – wyjaśnia „Kielich”. – Od samego początku, odkąd tylko tu przyjechali, ten czerwony przycisk jest włączany.

Instruktorzy przestają naciskać „red button” tylko w dwóch przypadkach: gdy kandydat zrezygnuje albo kiedy już nie reaguje. – Przeważnie po drugiej dobie przestają reagować na czerwone przyciski – mówi „Kielich”. Dlaczego instruktorzy wciskają „red button”? Te słabości, które ma każdy, mogą przeszkodzić wykonać zadanie. – Po takim szkoleniu kandydaci przestają być wrażliwi na własne kompleksy, dzięki nam uodparniają się. To pierwszy moment, kiedy dostrzegają, że granice ich wytrzymałości są znacznie dalej niż myśleli – mówi instruktor. „Uderzenie” jest stopniowane. – Jeśli widzimy, że nadszedł kres wytrzymałości, odpuszczamy. Ale tylko na moment, by za kilka sekund rozpocząć wszystko od nowa – mówi „Kielich”.

Brzegiem pełnym ryb

Może się wydawać, że po „uderzeniu” żołnierzom nie zostaje nic więcej niż siła psychiczna. Instruktorzy udowadniają, że jest inaczej. Rozpoczyna się etap nazwany „Normandia”. Kandydaci na żołnierzy warszawskiego Oddziału Specjalnego ŻW wychodzą na plażę i zaczyna się bieganie, czołganie, marsz. Są wybuchy i strzały, a ich zadaniem jest reagować. Wydaje się proste, zwłaszcza że mamy do czynienia z doświadczonymi żołnierzami, a nie z grupą nowicjuszy. Ale godziny „uderzenia” robią swoje. Mięśnie są tak zmęczone, że ciałem zaczyna sterować siła psychiczna. Instruktorzy nie ułatwiają zadania. Podają sprzeczne informacje, mylące podpowiedzi, wrzeszczą, wciąż wciskają „red button”. – Chcemy wiedzieć, jak reagują w ekstremalnych warunkach – wyjaśnia „Kielich”. – Dlatego podczas „Normandii” czołgają się na przykład w lodowatej wodzie Bałtyku.

Za mało? Brzeg morza wyłożony jest szczątkami ryb. Pełno jest odciętych łbów, ości i wnętrzności, tak że nie widać piasku, wokół czuć tylko smród i słychać wrzaski. – Żołnierze muszą być przygotowani do takich i znacznie gorszych widoków – kwituje krótko nasz rozmówca.

The walking dead

Człowiek, który ma za sobą tyle godzin ekstremalnego wysiłku, walczy, by stojąc, nie zasnąć na zbyt długo. Bo że uśnie – to pewne. I właśnie w tym momencie instruktorzy zabierają żołnierzy na marsz. Nazywają go „The walking dead”, marszem żywych trupów. – Nie chodzi tu o wygląd – śmieje się „Kielich”. – Raczej o ich zachowanie. Nie mają już w ogóle siły, idą i śpią jednocześnie. A muszą jeszcze nawigować, wykonywać zadania, ubezpieczać siebie i kolegów. Marsz trwa kilka godzin. Na plecach kandydaci mają kilkudziesięciokilogramowe plecaki.

Cały czas z żołnierzami jest psycholog, który obserwuje reakcje na stres. Sprawdza również, w którym momencie grupa zaczyna ze sobą współpracować. – Nie szukamy indywidualistów, osób skupionych na sobie – wyjaśnia instruktor. – W oddziale specjalnym niezwykle ważna jest współpraca.

Podczas całego „Hell Week” instruktorzy zwracają szczególną uwagę, czy kandydat wykazuje poczucie odpowiedzialności za całą ekipę. Podczas ćwiczeń fizycznych zasada jest taka: koledzy robią pompki tak długo, jak długo ty będziesz guzdrał się z założeniem munduru. Żołnierze zawiązują sobie nawzajem buty, pomagają wciągać na plecy plecaki, motywują się wzajemnie. – U nas zasada jest prosta: najpierw koledzy, potem ty sam – wyjaśniają wojskowi Oddziału Specjalnego ŻW w Warszawie.

Wyśpisz się… później

Sen podczas piekielnego tygodnia to sprawa prosta: właściwie go nie ma. Żołnierze mogą się zdrzemnąć najwyżej trzy godziny na dobę. Odpoczywać mogą, gdy dobrze wykonają zadanie. Nie ma mowy o wylegiwaniu się na wygodnym materacu, odpoczynek to kilkanaście sekund przerwy, by usiąść na plaży. Albo czas, kiedy możesz sprawdzić swoją broń. „Koniec przerwy”!

– Żołnierze nigdy nie śpią w nocy. Wtedy mają do wykonania marsze, patrole lub budują w lesie zasadzki – opowiada „Kielich”. – Dajemy im chwilę na „relaks” nad ranem.

Instruktor z piekła rodem

Kim są instruktorzy piekielnego tygodnia? To żołnierze z Wydziału Działań Specjalnych i Wydziału Ochrony Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Warszawie. 10-osobową grupę żołnierzy obserwuje 20 instruktorów. Co jakiś czas zmieniają się, jedno zadanie nadzoruje od 4 do 10 specjalistów. – Obserwujemy i wyłapujemy błędy – wyjaśnia „Kielich”.

Wrzaski i uszczypliwości, które serwują kandydatom na żołnierzy oddziału specjalnego, mają swój cel. Chodzi o to, by żołnierze działali pod presją, mają słyszeć nieprzyjemne słowa i huk. W takiej sytuacji muszą podejmować ryzyko, nauczyć się decydować, sprawdzać swoje możliwości, współpracować. W miejscach, w których być może będą prowadzić operacje bojowe, na pewno nie będzie łatwiej. Wrzeszczący instruktorzy zdają sobie sprawę, że to na nich spoczywa odpowiedzialność wybrania ludzi, którzy będą się nadawali do tych zadań. W końcu to z nimi będą służyć w boju.

„Hell Week” to egzamin, który kończy czteromiesięczny kurs podstawowy dla kandydatów do Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Warszawie. Nazwa pochodzi od treningu, jaki przechodzą komandosi Navy SEALs – jednostki specjalnej US Army. – Program naszego egzaminu został stworzony na podstawie tego, jak ćwiczą żołnierze najlepszych jednostek wojsk specjalnych w kraju i na świecie – wyjaśnia instruktor. Żołnierze, którzy go zdadzą, trafią na kursy specjalistyczne. Znaczna część zasili Wydział Działań Specjalnych, czyli swojego rodzaju zespoły bojowe. Kolejni wejdą w skład Wydziału Ochrony. Tam czekają ich kolejne szkolenia. „Hell Week” jest organizowany od trzech lat na poligonie w Ustce.

Żołnierze, którzy przystąpili do egzaminu, mają za sobą czteromiesięczną służbę w ŻW, ale tok ich szkolenia był inny niż pozostałych żandarmów. Zajmowali się nimi specjaliści z pionu szkolenia Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Warszawie. Kandydaci przeszli między innymi bardzo ciężki trening fizyczny, szkolenie z broni oraz zajęcia z taktyki. – Dzień w dzień, przez cztery miesiące zaczynali wcześnie rano trening opracowany przeze mnie specjalnie na potrzeby kursu podstawowego – mówi „Mas”, jeden z instruktorów „Hell Week”, żołnierz Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Warszawie. Poza codziennymi wielokilometrowymi biegami, ćwiczeniami na torze przeszkód oraz w siłowni mieli również zajęcia z bronią. – Specyfika posługiwania się bronią w oddziale specjalnym jest inna niż w pozostałych jednostkach wojskowych. Musimy strzelać bardzo dobrze, nie ma mowy o pomyłkach. Broń musi być „przyrośnięta” do ręki – dodaje „Mas”.

Taki czteromiesięczny trening sprawia, że żołnierz jest w stanie przetrwać egzamin w Ustce. Choć oczywiście zdarza się, że ktoś odpadnie. W tym roku „Hell Week” zdali wszyscy.

Ewa Korsak
autor zdjęć: Jarosław Wiśniewski
źródło:

http://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/19325?t=-Hell-Week-w-Ustce

Copyright © 2010 - 2021 Formacja SGO | Wykonanie: tabodesign.com | Kontakt: kontakt@formacjasgo.pl