20150809 Wyprawa Mo Głównym Szlakiem Beskidzkim, czyli 500 km w 19 dni

09.08.2015r prosto ze szkolenia Combat Medyk w Poznaniu udałam się do Katowic na nocny  bus w stronę Bieszczad. Dotarłam tam na styk, ale udało się.

O 22 siedziałam już wygodnie i odpoczywałam po ciężkim weekendzie.

Następnego dnia o godzinie 7:00 byłam już w Ustrzykach Górnych, z których dostałam się kolejnym busikiem do Wołosate. Pan kierowca, który wyciągał mój bagaż, zapytał gdzie się wybieram z takim ciężkim plecakiem, powiedziałam co zamierzam zrobić, zmierzył mnie od góry do dołu i powiedział : „wygląda Pani na taką, co da radę” Heh, to było strasznie miłe,  a jego słowa dodały mi sił. Dzień był cholernie upalny, a plecak potwornie ciężki. Ważył ponad 18kg plus jedzenie i woda…Ruszyłam w stronę Halicza, dotarłam tam o 13 i topiłam się w skwarze. Po drodze znalazłam strumień, w którym się po prostu wykąpałam.

Tego dnia planowałam dotrzeć do Brzegów Górnych, ale nie udało mi się dojść, aż tak daleko. Musiałam się przyzwyczaić do nowych afgańskich warunków.  Znalazłam nocleg w Ustrzykach Górnych, pierwszy i jeden z niewielu miejsc gdzie było wygodne łóżko i ciepła woda pod prysznicem.

Gdy schodziłam do miasteczka był już półmrok. Po mojej lewej stronie było wzniesienie, spojrzałam jakoś w tamtą stronę i zauważyłam wielkiego, czarnego dzika, który stał i patrzył na mnie. Był dużo większy niż te, które widywałam w mieście. Od tamtej pory zawsze nosiłam przy sobie nóż i stazę, chociaż nie wiem co miałabym mu zrobić takim nożykiem, ale zawsze jakoś tak czułam się pewniej.

1

Planowałam ruszyć koło 5 rano, ale miejscowy leśniczy odradził mi ten pomysł, gdyż o tej porze na szlaku spotkać można niedźwiedzia, jakoś nie szczególnie miałam na to ochotę. Rano drugiego dnia zrobiłam zakupy i zjadłam śniadanie pod sklepem. Ruszyłam na połoniny! Miałam wrażenie, że dzień jest jeszcze bardziej gorący niż wczoraj. Pomimo świetnych butów, dobrych skarpetek z materiału coolmax i talku, skarpetki zmieniałam dwa/ trzy razy dziennie. Odparzenia i pęcherze z pewnością mogłyby mi przeszkodzić w wykonaniu zadania.

Pierwsza połonina była strasznie zaludniona, szłam wręcz w kolumnie ludzi, którzy komentowali mój wielki plecak. Czasem musiałam się tłumaczyć gdzie idę, ale to miało dobre strony, bo ludzie często życzyli mi powodzenia. I to było również motywujące. Do Brzegów Górnych na pograniczu połonin dotarłam koło 13. Zjadłam zapiekankę i podjęłam decyzję, że muszę pozbyć się trochę kg z mojego plecaka. Poprosiłam Panią z budki z zapiekankami o wysłanie paczki do domu. Zgodziła się, twierdząc, że to nie pierwszy raz, gdy ktoś odchudza swój plecak.

Ruszyłam na drugą połoninę – wetlińską, która zdecydowanie zrobiła na mnie większe wrażenie. Po drodze wypiłam gorącą czekoladę w Chatce Puchatka i ruszyłam dalej. Przeszłam połoninę i  dotarłam do Smereka o zachodzie. Planowałam zejść do Wsi Smerek, ale nauczona doświadczeniem dnia poprzedniego, uznałam że wolę nocować na szczycie tej góry, niż znowu natknąć się na jakieś dzikie zwierze.

2a

2b

Noc była wspaniała, ciepła, niebo piękne, spadały pojedyncze perseidy a rano o 5:30 miałam okazję obserwować przepiękny wschód słońca. Ruszyłam dalej, plecak był lżejszy, ale upał doskwierał od rana. Najtrudniejsze tego dnia było zejście z Góry Okrąglik, monotonnie i samotnie borykałam się z bólem kolan. To był pierwszy moment, kiedy się załamałam i chciałam wracać. Udało mi się przezwyciężyć to uczucie i zejść do Cisnej, gdzie czekała na mnie nagroda: legendarna karczma Siekierazada i super pole namiotowe Trampy. Polecam oba miejsca.

3

Kolejnego dnia czekał mnie długi, ale przyjemny spacer. Ponad 10h drogi po płaskim i wśród wysokich drzew. Wystarczyło wdrapać się 300m do góry i już mogłam sobie „odpoczywać”.

Dzień skończył się noclegiem na dzikim polu namiotowym, ze strumieniem obok w Duszatynie. Trafiłam na coroczny zlot miłośników Bieszczad, więc nie wyspałam się za specjalnie, bo ludzie ostro tam imprezowali przy domowych trunkach do późna w nocy. Ale byli mili i nakarmili mnie. W Duszatynie nie ma sklepów. Tam nie ma nawet zasięgu GSM 😀

4
Rano wstałam i dotarłam do Komańczy, wstąpiłam tam aby podładować telefon i zjeść obiad. To był moment, kiedy przekroczyłam granicę pomiędzy Bieszczadami i Beskidem Niskim. W Beskidzie Niskim żyje 80 % polskich dzikich zwierząt.
W ciągu całe dnia na szlaku spotkałam tylko dwie osoby, które szły razem w przeciwnym kierunku. I tak sobie idę i idę, przez lasy i łąki i naglę wychodzę na przepiękną polanę, a tam domek z napisem „noclegi”. 15 zł, wanna, strumień obok – no bajeczka!
5
Następnego dnia ruszyłam koło 8 rano. Przeważnie wychodziłam o tej porze, bo w końcu byłam na wakacjach i nie chciało mi się wstawać o 4 w nocy. Zanocowałam w sezonowej bazie namiotowej w Wisłoczku. Takie bazy mają to do siebie, że zawsze stoją tam wielkie zbiorcze namioty i za 2 zł ekstra, można się tam wyspać. To było wygodne, bo miałam ze sobą do spania tylko śpiwór i ponczo plus linki.
6
Kolejny dzień stał pod znakiem miejscowości uzdrowiskowych, w których ludzie patrzyli na mnie jak na jakiegoś bezdomnego, wchodziłam do miasteczek z suszącym się praniem na plecaku.
Popołudniu złapał mnie deszcz i musiałam uciekać ze szczytu góry do najbliżej miejscowości. Zanocowałam w chatce studenckiej w Zawadce Romanowskiej. Był tam prąd i prysznic polowy z zimną wodą ze studni, czyli dość luksusowo. Jeśli nocuje się w takich miejscach, to w kolejnych dostajesz zniżki.
Było fajnie, była gitara i zabawne opowieści. To były jedne z nielicznych momentów, gdzie można było pogadać z kimś więcej niż wężami, ptakami i lisami które spotykałam na szlakach. Następnego dnia dojechałam do szlaku i doszłam do czerwonego z Dukli.
7
Tego dnia lało całe do południa, wtedy pierwszy raz przemokłam i złapał mnie kolejny kryzys. Po południu wyszło jednak słońce, a po obiedzie w jakimś ośrodku kolonijnym w towarzystwie młodych piłkarzy nabrałam sił i dotarłam do Kątów. Nocleg wypadł w agroturystyce. Mogłam więc się spokojnie wysuszyć.
8
Kolejny dzień był piękny i słoneczny, szlak różnorodny. Wtedy poznałam psa, szedł sobie szlakiem, niczego ode mnie nie chciał, za to był wspaniałym kompanem przez ostatnie 15km, odprowadził mnie do kolejnego noclegu do Bacówki na Bartnem – w salonie latały szerszenie, a po podłodze karaluchy, w ścianach piszczały myszki, a właściciel najchętniej zamknął by schronisko i wyrzucił wszystkich nocujących 🙂 Nie polecam tego miejsca 😉
9
Kolejny dzień to było wchodzenie i schodzenie, gubienie szlaków – strasznie źle oznaczony odcinek ;/ pokonałam najbardziej głupią górę : Kozie Żebro – 45 minut pionowo do góry, na szczycie jak się stanie to jeden półdupek zwisa po jednej stronie góry, a drugi na przeciwległym zboczu, żadnej panoramy , a potem kolejne 45 minut pionowo w dół ;/ Przeszłam tego dnia ponad 35km, i trafiłam do cudownego miejsca – jak ktoś chce mnie sprawdzić, wpisałam się do księgi gości w Siwiejce. poznałam tam człowieka, który ciśnie Łukiem Karpat ! Wtedy moje 500km  wydało mi się małym spacerkiem 😀
10
Połowa drogi. Ruszyłam w stronę Krynicy, granicy Beskidu Niskiego i Sądeckiego.
Byłam tam koło o 18, ale czułam jakiś przypływ energii i udało mi się dojść aż do Jaworzyny Krynickiej, na której byłam o 21:30. Wyspałam się w schronisku PTTK i rano ruszyłam Beskidem Sądeckim w stronę przepięknego Rytra.
11
Ciężkie zejście i wejście nad miasto. Dotarłam tam o zachodzie słońca, 4h przed moim planowanym noclegiem – Wieża widokowa na Radziejowej.
Nie mogłam sobie odpuścić wschodu słońca na szczycie tej góry !
Po drodze zregenerowałam się na Kordowcu, dostałam jeść, wykąpałam się w ciepłej wodzie, wyspałam do 2 w nocy i nic nie zapłaciłam.
Kiedy robi się GSB – z automatu jest się traktowanym ulgowo i serdeczniej.
12a
12b
Ruszyłam na wschód Słońca , dotarłam tam 10 minut przed tym cudownym zjawiskiem, które uwielbiam. Trochę się zdrzemnęłam pod wieżą i ruszyłam dalej.
Tego dnia doszłam do Krościenka, tym samym robiąc Sądecki w 2 dni.
13
Weszłam w Gorce ! Szlak okazał się totalnie zniszczony 🙁 w drodze na Lubań musiałam schodzić z drogi kładom, crossom, skuterom a nawet autom.
Dopiero wszystko wróciło do normy od Studzionek, gdzie zanocowałam i zjadłam niedzielny, wiejski, dwudaniowy obiad za 20 zł !
14
Rano ruszyłam na Turbacz. Tam dostałam w prezencie super przeciwbólową maść dla sportowców, która przyniosła ogromną ulgę moim stopom. Tego dnia nocowałam w przesłodkiej bacówce na Maciejowej. Dostałam zupę za free i spędziłam miły wieczór dla odmiany w towarzystwie kobiet.
15a
15b
Kolejny dzień zaczął się super, ale niestety w Rabce dopadł mnie deszcz.
Tego dnia miałam zrobić 50km, niestety zaczął doskwierać mi strasznie bark – odezwała się stara kontuzja – musiałam często się zatrzymywać i zrzucać plecak. Wiedziałam, że nie uda mi się dotrzeć na czas na Markowe Szczawiny. Nie mogłam również dostać jeszcze jednego dnia wolnego w pracy, moja wyprawa stała pod znakiem zapytania. Wtedy poważnie chciałam się wycofać i wracać do domu. Wybrałam mniejsze zło, z którego nie jestem dumna. Ominęłam kawałek szlaku i podjechałam pod Babią Górę. Weszłam na nią we mgle i mżawce. Planowałam zejść do Markowych Szczawin i rano wracać do domu. Tam jednak dostałam grzane piwo za free za GSB i jakoś tak dużo uśmiechu od tej Pani z recepcji, że znalazłam jakoś siły w sobie.
16
Wstałam rano i poszłam dalej, w końcu to już mój kochany Żywiecki !
Wieczorem dotarłam do przełęczy Glinne, wypiłam ostatnią herbatę jaką można było o tej porze, pożegnała mnie serdecznie Pani z budki z serkami góralskimi i wyruszyłam na latarce na hale Miziową . Dotarłam tam o 22, zgubiłam na chwilę szlak, ale jakoś udało mi się dotrzeć do schroniska.
17
Kolejnego dnia, planowo udało mi się dotrzeć koło 14 do Węgierskiej Górki, tym samym wchodząc w ostatni już Beskid Śląski.
Dotarłam na szczyt Baraniej Góry znowu na latarce  i dalej do noclegu na Przysłopie – zapomnianym miejscu przez wszystkich ! Okropne warunki, ale wspaniała obsługa 🙂 tuż przed 22 jeszcze wydano mi klucz do pokoju – na ostatni już nocleg.
18
Ostatni dzień, upał taki jak na połoninach ! Dramatycznie się szło, koło 15 dotarłam na Czantorie i pewnie gdyby nie mój lęk wysokości zjechałabym wyciągiem na dół ale nienawidzę w tym siedzieć !
19
Na dole przywitali mnie przyjaciele z szampanem.

To była wspaniała przygoda ! Ale mam  już pomysł na następne ! O tym wkrótce.

 

19 dni, 480 km

Copyright © 2010 - 2021 Formacja SGO | Wykonanie: tabodesign.com | Kontakt: kontakt@formacjasgo.pl